Kolejny fragment z mozołem pisanej "powieści na konkurs". Właściwie, mozół polega nie tyle na pisaniu, co... do niego się zabraniu ;) Potem już jakoś idzie.
Zenek lubił siedzieć przy wielkim biurku Dziadka. A jeszcze bardziej, kiedy i ten, czasem nieco ociężale, przy nim zasiadał, otwierał wielki dziennik z tyloma rubrykami... Niektóre były już zapisane drobnym, starannym pismem, inne jakby jeszcze czekające na rezultaty codziennych zasiadów dziadkowych.
Zapisane… Czym? No właśnie, to był moment, na który chłopak zawsze czekał z
niecierpliwością; Dziadziuś wyjmował z kieszeni zaczarowany długopis... O, to był długopis… Można było zmieniać
kolory! Piszesz na niebiesko, naciskasz kciukiem, pstryk i… już na czerwono! I
odwrotnie.
Dziadek pozwolił mu go użyć tylko raz. Znając zapalczywość malca, obawiał
się, że ten w jeden dzień mu go cały wypisze. I tak by się zapewne stało, nie
nastarczyłby z zakupem kolejnych magicznych.
- No, co tam masz, synku? – starszy, zażywny pan z pokaźnym nosem zagadnął rutynowo
– wiedział przecież, że to, co wnuk ma przed sobą, to jego ulubiona książka
rosyjska - i zaczął swoje ważne pisanie. Dziadek był kierownikiem szkoły.
„Synek” uśmiechnął się – lubił, kiedy tak się do niego zwracano. (Chociaż
Babunia nazywała go, po prostu, Zenkiem). Po czym, udając, że jest bardzo zajęty
swoimi sprawami, przewrócił kolejną kartkę wielkiej księgi z zieloną okładką.
Obejrzał ją już chyba ze sto razy. O, na pewno więcej. Sto razy więcej... Prześlizgnął
tylko wzrokiem po kolorowym obrazku przedstawiającym bramkarza frunącego w
powietrzu... Niestety, piłka już trzepotała w siatce. O tym, że czasem piłka
trzepocze, dowiedział się później.
- Zeeenek… - dobiegło z kuchni – Idźkaj przebić krowę!
- Za chwilkę, babciu… Dobrze?
Teraz?! Ale Babcia nigdy nie robiła z tego problemu. Wiedziała, że może na
niego liczyć. Nie był z tych dzieciaków, co to w nieskonczoność próbują odwlec
nieuchronne.
Kiedy już się wreszcie nasycił widokiem Dziadka wodzącego magicznym
długopisem po kartkach dziennika, zerwał się i wybiegł na dwór. Tak, rzadko się
zdarzało, żeby po prostu wstał i wyszedł; chłopak miał w sobie tyle energii… Wypadł
na zewnątrz i czmychnąl na łączkę. Szkoda, że to nie ta po drugiej stronie szosy,
pomyślał. Taką nagle poczuł ochotę na bieganie!
O, biedna krowa wydawała się już czekać
na przebicie. Od rana zdążyła dokładnie wyżreć trawę w promieniu łańcucha. Leżała
wolno przeżuwając jakieś resztki i smutnie wodziła
wzrokiem za małym wybawcą. Odetchnął z ulgą, mógł się czuć bezpieczny.
Nie to, że knaga, jak ją Dziadek
czasem nazywał, była niebezpiecznym zwierzęciem, jednak od pewnego czasu wolał
się mieć na baczności. Zdarzyło się, że przy którymś codziennym przyprowadzaniu do stajni… Już w
momencie, kiedy wyciągnął palik, ta jak się nie zerwie! Nie pogna za biednym
Zenusiem! Całe szczęście, że ten, skrajnie spanikowany, odruchowo skręcił w
lewo, w kierunku stajni... Szalone krowiszcze pognało dalej prosto… w krzaki
bzu. O, jakżesz się biedne zwierzę ocierało o szorstkie gałązki, konary
pobliskich drzew... Wydawało się, że z korzeniami to wszystko powyrywa. Aż tak
ją, niebogę, swędziło? Cały dzień?! Trudno było to sobie wyobrazić.
Od tej pory, kiedy tylko wydawało mu się, że jest choćby co nieco
niespokojna, wiedział, co robić. Nie mógł przecież po prostu wrócić i powiedzieć,
że się boi. Ktoś to musial zrobić.
Tak, to duże zwierzę. Wyciągnął palik i przeszedł z nim jakieś dwadzieścia
kroczków. Wystarczająco daleko od poprzedniego miejsca, żeby nie było
wątpliwości, że poczciwa mlekodajka będzie miała dość świeżego pożywienia do
końca dnia. Po czym paroma uderzeniami kamienia wbił go w ziemię. Dla wszelkiej
pewności, dołożył jeszcze ze dwa razy i już, przebita. Teraz może sobie
pobiec… gdzie go oczy poniosą! Na drugą stronę szosy, do lasku, nad stawek… Czuł
się jak źrebak wypuszczony ze stajni po długim okresie bezczynności.
Dzisiaj jest siwkiem. To jasne,
wystarczy spojrzeć na te białe uda… Przyjdzie czas na „kasztana”. Och,
uwielbiał lato… Widok swoich kościstych, opalonych kolan dodawał mu energii
nawet w największe upały. Parsknął raźnie i ruszył z kopyta. Po czym
przegalopował przez szosę... Nie, nie było strachu. Tutaj, kiedy przejeżdżał
samochód, to… Tak go czasem denerwowało, jak grali w piłkę i nawet w czasie
meczu sezonu z Dobrzewinem – rozgrywanego w co drugą niedzielę - kiedy na
horyzoncie pojawiało się coś na czterech kółkach, piłkarze, jak jeden zamierali
w bezruchu i się w to cudo wgapiali. I w co, kolejną „Syrenkę”? „Warszaw” było
mniej, może droższe?
Mamusia przyjeżdża za cztery dni!