Thursday, May 23, 2019

Pokój z niekrępującym wejściem





Kolejny fragment z mozołem pisanej "powieści na konkurs". Właściwie, mozół polega nie tyle na pisaniu, co... do niego się zabraniu ;) Potem już jakoś idzie. 


Zenek lubił siedzieć przy wielkim biurku Dziadka. A jeszcze bardziej, kiedy i ten, czasem nieco ociężale, przy nim zasiadał, otwierał wielki dziennik z tyloma rubrykami... Niektóre były już zapisane drobnym, starannym pismem, inne jakby jeszcze czekające na rezultaty codziennych zasiadów dziadkowych.  

Zapisane… Czym? No właśnie, to był moment, na który chłopak zawsze czekał z niecierpliwością; Dziadziuś wyjmował z kieszeni zaczarowany długopis... O, to był długopis… Można było zmieniać kolory! Piszesz na niebiesko, naciskasz kciukiem, pstryk i… już na czerwono! I odwrotnie.  
 Jak będę dorosły, to za pierwsze zarobione pieniądze sobie taki kupię, marzył. Gdyby jeszcze pachniał jak atrament…

Dziadek pozwolił mu go użyć tylko raz. Znając zapalczywość malca, obawiał się, że ten w jeden dzień mu go cały wypisze. I tak by się zapewne stało, nie nastarczyłby z zakupem kolejnych magicznych.   
- No, co tam masz, synku? – starszy, zażywny pan z pokaźnym nosem zagadnął rutynowo – wiedział przecież, że to, co wnuk ma przed sobą, to jego ulubiona książka rosyjska - i zaczął swoje ważne pisanie. Dziadek był kierownikiem szkoły.
„Synek” uśmiechnął się – lubił, kiedy tak się do niego zwracano. (Chociaż Babunia nazywała go, po prostu, Zenkiem). Po czym, udając, że jest bardzo zajęty swoimi sprawami, przewrócił kolejną kartkę wielkiej księgi z zieloną okładką. Obejrzał ją już chyba ze sto razy. O, na pewno więcej. Sto razy więcej... Prześlizgnął tylko wzrokiem po kolorowym obrazku przedstawiającym bramkarza frunącego w powietrzu... Niestety, piłka już trzepotała w siatce. O tym, że czasem piłka trzepocze, dowiedział się później.    
- Zeeenek… - dobiegło z kuchni – Idźkaj przebić krowę!
- Za chwilkę, babciu… Dobrze?  
Teraz?! Ale Babcia nigdy nie robiła z tego problemu. Wiedziała, że może na niego liczyć. Nie był z tych dzieciaków, co to w nieskonczoność próbują odwlec nieuchronne.

Kiedy już się wreszcie nasycił widokiem Dziadka wodzącego magicznym długopisem po kartkach dziennika, zerwał się i wybiegł na dwór. Tak, rzadko się zdarzało, żeby po prostu wstał i wyszedł; chłopak miał w sobie tyle energii… Wypadł na zewnątrz i czmychnąl na łączkę. Szkoda, że to nie ta po drugiej stronie szosy, pomyślał. Taką nagle poczuł ochotę na bieganie!

O, biedna krowa wydawała się już czekać na przebicie. Od rana zdążyła dokładnie wyżreć trawę w promieniu łańcucha. Leżała wolno przeżuwając jakieś resztki i smutnie wodziła wzrokiem za małym wybawcą. Odetchnął z ulgą, mógł się czuć bezpieczny.
Nie to, że knaga, jak ją Dziadek czasem nazywał, była niebezpiecznym zwierzęciem, jednak od pewnego czasu wolał się mieć na baczności. Zdarzyło się, że przy którymś codziennym przyprowadzaniu do stajni… Już w momencie, kiedy wyciągnął palik, ta jak się nie zerwie! Nie pogna za biednym Zenusiem! Całe szczęście, że ten, skrajnie spanikowany, odruchowo skręcił w lewo, w kierunku stajni... Szalone krowiszcze pognało dalej prosto… w krzaki bzu. O, jakżesz się biedne zwierzę ocierało o szorstkie gałązki, konary pobliskich drzew... Wydawało się, że z korzeniami to wszystko powyrywa. Aż tak ją, niebogę, swędziło? Cały dzień?! Trudno było to sobie wyobrazić.

Od tej pory, kiedy tylko wydawało mu się, że jest choćby co nieco niespokojna, wiedział, co robić. Nie mógł przecież po prostu wrócić i powiedzieć, że się boi. Ktoś to musial zrobić.
Tak, to duże zwierzę. Wyciągnął palik i przeszedł z nim jakieś dwadzieścia kroczków. Wystarczająco daleko od poprzedniego miejsca, żeby nie było wątpliwości, że poczciwa mlekodajka będzie miała dość świeżego pożywienia do końca dnia. Po czym paroma uderzeniami kamienia wbił go w ziemię. Dla wszelkiej pewności, dołożył jeszcze ze dwa razy i już, przebita. Teraz może sobie pobiec… gdzie go oczy poniosą! Na drugą stronę szosy, do lasku, nad stawek… Czuł się jak źrebak wypuszczony ze stajni po długim okresie bezczynności.

Dzisiaj jest siwkiem. To jasne, wystarczy spojrzeć na te białe uda… Przyjdzie czas na „kasztana”. Och, uwielbiał lato… Widok swoich kościstych, opalonych kolan dodawał mu energii nawet w największe upały. Parsknął raźnie i ruszył z kopyta. Po czym przegalopował przez szosę... Nie, nie było strachu. Tutaj, kiedy przejeżdżał samochód, to… Tak go czasem denerwowało, jak grali w piłkę i nawet w czasie meczu sezonu z Dobrzewinem – rozgrywanego w co drugą niedzielę - kiedy na horyzoncie pojawiało się coś na czterech kółkach, piłkarze, jak jeden zamierali w bezruchu i się w to cudo wgapiali. I w co, kolejną „Syrenkę”? „Warszaw” było mniej, może droższe?

Mamusia przyjeżdża za cztery dni!


O tak, to się będzie kręciło wokół mamusi.... ;) No, w pierwszym rozdziale. 


Saturday, November 4, 2017

"Pokój z niekrępującym wejściem"


To takie fragmenty z bólem pisanej opowieści o Zenku... Przemku, oczywiście...
Nie nie, z tym bólem to przesadka, leniwy jestem, to tyle. ;) 


Scenka 1

Krowa muczała od samego rana, ale nikt jakoś nie wydawał się tym przejmować. Nie mając nic innego do roboty, jak zwykle w czasie wakacji, Zenek pobiegł do stajni. 
Gdy tylko usłyszała, że ktoś wchodzi, odwróciła swój wielki łeb i spojrzała na chłopca smutnie. Cóż, takie już miała oczy. Wiadomo, psu też niełatwo człowieka przekonać, że mu ciężko. Z kolei, taki delfin… Zastanawiał się kiedyś mały filozof patrząc na zdjęcie uśmiechniętego od oka do oka ryjcia, hm, mółby zdychać skręcając się z bólu, a i tak nikt mu nie uwierzy. 
Och, tak chciałby w tej chwili pogłaskać biedne zwierzę, ale nigdy tego nie robił, bał się.
Wrócił na śniadanie. Apetyt mu dopisywał, mimo że krowa nadal pomukiwała żałośnie.

Jak zwykle, towarzyszył babci, kiedy dawała świniom żarcie.
- Dlaczego ona tak muczy? – spytał z troską.
- A, kto ją tam wie. Może obżarła się wczoraj za dużo.
Ludzie na wsi dbali o swą trzodę, ale nie było czasu, ani… mówiąc szczerze, wielkiego sensu angażować się uczuciowo; przelotne to. Ale Zenek nie był rolnikiem.
Podszedł bliżej do biednego zwierzęcia. Teraz jej wzrok zdawał się mówić: “Nie bój się, będzie mi lżej, jak mnie pogłaszczesz.“
Może przy babci bezpieczniej? Chyba nie odważy się, bydlunia, dać mu niespodziewanego kopa. Zerknął na babkę, przyglądała się świniom. Głupio mu było prosić, żeby użyła swego autorytetu w tak błahej sprawie. Zrobił nieśmiały krok do przodu. Nic. Na chwilę nieszczęśnica odwróciła wzrok, ale już znów wlepia w wystraszonego Zenusia te wielkie, załzawione ślepia.
Trzymaj się… Winnetou. Jeszcze ze dwa kroki i… jak się dobrze wychylisz, jeszszcze jeden i…
- Chodź Zenuś, idziemy.
Krowa zamuczała, babcia jakby nieco dłużej zatrzymała na niej swój wzrok i wyszli. 

- Neku, doch bjyyy… flot! - dziadek lekko popchnął D. w kierunku pokoju. – Rzeknij, ochwacona je!
D. poszła zadzwonić, a ten biegiem… tak szybko, jak tylko umiał, wyszedł… Choć wydawało się, że pofrunąłby do stajni, gdyby to było możliwe. A wszystko to przy akompaniamencie coraz bardziej żałosnego zawodzenia.  
Nie po raz pierwszy się ta scena odgrywała przed oczami Zenka. Poprzednim razem, kiedy pojawił sie weterynarz, ciekawski chłopak ukradkiem podążyl za nim. Nikt nie zwracal na niego uwagi, mógł spokojnie zajrzeć do stajni. Jednak to, co ujrzał odebrało mu ochotę od zrobienia tego w tej chwili. I kiedykolwiek w przyszłości. Biedna krowa stała w przedziwnej pozycji. Jej tylne nogi były nieco przygięte, jakby się zreumatyzowana staruszka zbierała do klękania. Natomiast kark nienaturalnie wyciągnęła do przodu, głowe wysunęła jeszcze dalej, mucząc przeżałośnie. I na prawdę głośno.
Szczegóły te Zenek uświadomił sobie później, w tym momencie całą jego uwagę pochłonęło to, co robił weterynarz. Właśnie powoli zanurzał dłoń w nienaturalnie wypiętym dupsku. Coraz głębiej, jeszcze dalej… Trwało to zaledwie parę sekund, widać już było tylko bark dobroczyńcy…
Obraz ten na długo wrył się w pamięć biednego chłopca. Od tej pory, kiedy chodził ją przebijać [o tym gdzie indziej ;)] unikał wzroku cudownie uzdrowionej.
              

Scenka 2 

Zenek właśnie wycierał twarz ręcznikiem, kiedy usłyszał lekkie, znajome skrzypnięcie drzwi do sieni.  Drzwi skrzypiały tylko wówczas, kiedy były otwierane powo….  Odwrócił się i zobaczył nieprzyjemnie skrzywioną gębę woźnego.  
- Szkulno je?
- Babcia! Pan Radomski – krzyknął w przeciwnym kierunku; babunia w sypialni zmieniała pościel. Zjawiła się niemal natychmiast. 
 - Szkulno… - coś jeszcze mruknął niezrozumiale, ale Szkulno wiedziała, co robić, od razu sięgnęła po sodę oczyszczoną.
Zenek spytał kiedyś, po co to woźnemu. Dobre chyba nie jest, skoro ten skręca się,  jakby ktoś mu kazał octem opijać czyjeś zdrowie. Wiedzial już, jak obrzydliwie smakuje wódka… Ale już i tyle rozumiał, że ważny jest nie tyle smak – chociaż wciąż nie rozumiał, dlaczego dziadek z wujami, wykrzywiając się niemiłosiernie, muszą siebie wzajemnie przekonywać, źe “Dooobra!” – co efekty spożycia trunku. Babcia machnęła tylko ręką, “To na gaaardło”.
Całe szczęście, że są na to i inne lekarstwa, pomyślał z odrazą.


Scenka 3

- Zenek, cholera, przypilnuj te swoje indyki! D. wpadła do domu, wściekła niemal. To jej się rzadko zdarzało; w odróżnieniu od ciotki R. była łagodna i cierpliwa. Trzeba było wyjątkowych okoliczności, żeby zdarzyło jej się lekko podnieść głos. Musiała mieć poważniejszy powód niż głupie indyki. 
Chlopak wybiegł na dwór, delikatnie złapał jedno ptaszysko za szyję i odciągnął od schodów. Na drugiego napastnika tylko syknął i już, po krzyku. D. poleciała do wychodka, jakby ją jeszcze co goniło. 
W gołębim serduszku Zenusia dość było miejsca dla całego, bez wyjątku, drobiu na podwórku. Z indykami to jak z tygrysami czy lwami w cyrku, myślał. Jak tak od małego się z nimi zaprzyjaźnisz, to nic ci nie zrobią. 
Nie tylko to, potrafią być takie cierpliwe… Jak któryś rozkładał swoje piórzyska, dzielny chłopak dosiadał go na oklep. Oczywiście, stopami opierał się o ziemię. To trochę jak krakowski Lajkonik, śmiał się. Jednego udało mu się tak wytresować, że ten rozkładał swój imponujący wachlarz na sam widok jeźdźca. A kiedy się zagapił, wystarczyło, że pan pogłaskał go po grzbiecie i już!
Kiedyś wujek Edek zrobił mu zdjęcie. Sieeedzi mały pogromca z dumnym uśmiechem… A może to był radosny śmiech; rozmiary zdjątka i brak przedniego uzębienia utrudniały dokładne odczytanie stanu ducha pierwszoklasisty.


Oczywiście, to nie są opka, więc.... cosik tam będzie, przedtem i potem ;)      








Saturday, April 15, 2017

Ułomki...




“Ułomki” to był tytuł jednego z rozdziałów jednego z tomów zbioru poezji Mickiewicza. Pamiętam tę jasno-brązową okładkę ze złotymi literami… Ciężkie cholerstwo było. Ale warte ściągnięcia z górnej półki kancelarii karczemkowskiej… Ci, co wiedzą, skumają. ;)  




      po unosie

wino szklanką
zakołysało
za mało 



   no to…! 

chlup
do lusterka
buźkę w ciup
znowu zerkam
czy brońboże
mi się ryło
nie przydarzyło



  gdy

i dobry boże
i przydrożne
międzynoże
nie zmoże





 po ostatnim unosie

jakoś dojdę
do się
po nosie



   nadzieja

spod rzęsy
spływa
się rozpotwarza
kropla

za kroplą
już nie tak mokrą



   
  

   



Wednesday, November 2, 2016

Wierny Tomasz




 Tradycyjna wędrówka do stoiska „Wind” w pobliskim Kingsgate Mallu, żeby dokonać comiesięcznego „top up”-u, zapłaty za następny miesiąc... Tak, żadna porządna firma telefoniczna już mi nie ufa, muszę płacić na zaś. Bell podobno wiszę 800, w twardej walucie... 
  „Ładna sumka...” - mówi Kobuszewski do Brusikiewicza w skeczu o dwóch żydowskich biznesmenach. „Ładna, jak pan oddasz”. A ja nie oddam! O. 
  „Moszna oddać dziesięć zloty. Jak się jest szczególnie lekkomyślny, moszna oddać dwadzieścia zloty, ale od stu zloty w górę, to ten dług staje się... fikcyjny!”. 
   Nie nie, to oni mnie oszukali. A jak! Lata lateczne temu jakiś nadgorliwiec w krawacie dopadł mnie, kiedy już wychodziłem.
  - O, widzę, że ma pan laptop, tralala... - Byłem po paru i dałem się namówić. Na ten cholerny “stick”....
  Gdyby mi młodzian ambitny wytłumaczył, że to dla tych, co normalnie używają kompka domowego, a to to tylko, żeby posprawdzać najważniejsze najpilności… Jak jesteś w drodze, ot, minuta, dwie... 
  Przychodzi rachunek na prawie cztery stówy... Po wstępnej apopleksji, kiedy już ochłonąłem, dałem się ponieść ogarniającej mnie nagle fali… fascynacji; jakżesz to, do cholery, działa?! Że tak kurewsko (trudno znaleźć inne określenie) drogie.  I wówczas odkryłem licznik. 
  Oooo... Największy ubaw miałem z oglądania pornosa i jednocześnie licznika, szalał! Nabijał z prędkością...  a, niech będzie, żydowskiego procentu.  
  Kiedy znów udało mi się (z trudem) wrócić do jakiejś względnej równowagi psychicznej, postanowiłem podejść do sprawy merytorycznie. Oglądałem. Wysyłałem. Zachowywałem. Robiąc ze wszystkiego niezwykle dokładne notatki, co za ile…
  Niestety, firma brutalnie przerwała moje badania; rozłączyli. Przeliczyli. Doliczyli... i za zerwanie obu kontraktów (chociaż z tego na komórkę byłem zadowolony i dopiero co przedłużyłem na kolejne trzy lata). Podsumowali i przysłali kwit na... $792. Z groszami. A, co by sumka była... ładna, nieładna, ale równa, potem jeszcze doliczyli jakiś procent za następny miesiąc - chociaż już przecież niczego nie używałem -  tak, źeby wyszło 800. Z groszami. 
  Tak więc, teraz tuptam ja co miesiąc. A co tam, czas mam. Z cierpliwością jest różnie, a panowie w „Wind”... Na szczęście, są jeszcze panie. Dziś jednak mam pana, ale widzę go tu po raz pierwszy - ci dwaj, co tyle razy mnie obsługiwali, to... nie wiem, gdzie takich jeszcze rzeźbią. A może to JUŻ, nowe pokolenie… Pełen nadziei, że tym razem wszystko pójdzie sprawnie, kroczę do kantorka. 
  Ok. Klik, klik. Ok. 
  - Życzy pan sobie rachunek? - Czy paragon, whatever... 
   O tak, zażyczyłem sobie. Zapomniałem zabrać komórkę, rzadko mi się to zdarza, „one of these days”... Ale że to zaczęło trwaaać.... (naprawdę, powinni w końcu coś z tym ich “systemem” zrobić), chłopak, zerkając na ekran, nagle pyta: 
  - Polak? You’re Polish? 
  Szybko się poprawił. Wiadomo, tutaj przecież ”Polack”, to... Nigdy nie przestanę się dziwić, dlaczego tubylcy o tym nazwisku go nie zmienią. Może dlatego, że Sydney Polack nadał mu jakiegoś… glamouru?   
  - Tak, tak. 
  I dopiero kiedy wzrokiem z jego twarzy zjechałem nieco niżej – przyzwyczaiłem się go nie spuszczać ze względu na panie. Jakoś mi to w krew weszło – widzę, że Tomasz. Aszszsz... I znów zrobiło mi się głupio, fak. Za każdym takim razem mi sie robi. Paul, kurwa... Ale już w Niemczech dali mi do zrozumienia, że aby wykrztusić „Pszsz..." to potrzebują parasola. 
  Komputer nadal niczego konkretnego z siebie nie wykrztuszał, ale ja po paru, a on dziarsko: 
  - Długo już tu jesteś? 
  To, że chłopyś błyskawicznie przeszedł na ty z facetem w moim wieku wskazywało na to, że jest tu już od dość dawna. No i miał akcencik, ale naprawdę, leciuchny.  
  - Ćwierć wieku, a ty?   
  - Osiemnaście. Kupa czasu... Wydaje się, jakby całe życie!
  Kupa kupą, ale nie wygląda na więcej niż dwadzieścia... pięć, góra! Czyli wybył w mniej więcej tym samym wieku, co Ala..  Tylko w innych czasach. 
  - No tak. Ale tak świetnie mówisz... W domu rozmawiacie po polsku? 
  - O tak! Mamy tylu przyjaciół z kraju... Przychodzą, opowiadają, piją… wino.  
  - Wiesz, moja córka... jest starsza od ciebie, ale miała sześć lat, jak wyjechaliśmy do Niemiec - Już sie nie wdawałem w szczegóły, kwitek był gotów - i oczywiście, bardzo szybko nauczyła się niemieckiego. Tu angielskiego, tak że w wieku jedenastu lat znała trzy języki...
  Tu stosują inną matematykę: jak znasz jeden obcy, znaczy dwa. Bo i swój, nie?
  - No tak... To jest już coś - mówi on. Zdając się chwilowo ignować kwitek. 
  - No, a tylko co nieco przyłożyłaby sie do francuskiego... Z czterema językami to już jakoś... inaczej na ciebie patrzą, nie? 
  Pewnie. A próbowałem ją i delikatnie zachęcić do włoskiego, taki przecież dla nas łatwy... Kiedy zmywałem w pizzeria, przez te dwa lata podebrałem ze trzy słowa, więc tak, żartobliwie próbowałem Małą zachęcić. A kiedy powiedziała, że jej, całkiem dobra, polska koleżanka pobierała hiszpanski… Huhu, taki przecież do włoskiego podobny... Przyszłość wydawała się stawać otworem. 
  - I co? Co teraz robi? 
  To był właściwy moment, żeby poprosić o ten kwitek. 
  - E... Już po paru tygodniach stwierdziła, że zapomniała niemiecki, a polski... 
  - Straciła wszystkie?! 
  - Tak, posiała... 
  O, to tłumaczenie w drugą stronę... „Tata, jaki byłeś stary w sześćdziesiątkach?” chyba nigdy nie przestanie bawić. Skoro nawet teraz…  

   C.D.N. Wciąż... Nie mylić z Canadian :)






Saturday, June 4, 2016

Popuścić cugli




Gdy zmęczone konie ledwie ciągną sanie 
A zgłodniałe wilki coraz bardziej śmiałe 
Na swych kompanów zerkasz kątem oka
Oj, myślisz, byle się nie sparzyć
Gdy ci się cichcem przysuwają do zlota
Wiesz, Bob, na każdego jest cena 
A twoja niezbyt wysoka 

Historia to oka mgnienie
A słońce gwiazdką na niebie 
Na zamorskim bazarze 
Jakiś biedak w potrzebie
Swą nerkę sprzedaje

Que sera sera
Gdzież trafi moja nera
Que sera sera
Czy to nowa bryka
Niezła ale ja chyba
Na F50 zaczekam

Nie musisz być bracie
Spod znaku Dawida
Żeby po świecie
Zbrodniarzy ścigać
Łzy w oczach palą
W gardle więźnie mowa
Mahomet czy Jezus
Papież czy muła
Ksiądz czy poeta  
Co pisał te słowa
Daj małpkom czy ludkom
Za dużą klatkę
A przepierdzielą
Wszystko na rzadko 



I tu trafilem na

A Vietnam vet
Takes his beard and his pain
And his alienation twenty years
Back to Asia again
Sees the monsters they made
In formaldehyde floating 'round
Meets a gook on a bike
A good little tyke
With the same soldier's eyes
Tears burn my eyes…
itd.

Próbowałem to jakoś... ugryźć z każdej strony, ale nawet nadchryźć się, kurka, nie da. No, mnie w każdym razie... :) Ewentualnie można „stworzyć” coś całkiem nowego, zupełnie różnego od oryginału, jak to zrobiłem z „you don’t have to be a Jew to disapprove murder” - "Nie musisz być bracie spod znaku Dawida, .żeby po świecie zbrodniarzy ścigać".
Cóż, i tak wydaje mi się nieco bliższe oryginałowi niż Zembatego... Się nie mienię!!! Ani porównujęęę :))), ale myślę, że czasem nieco za bardzo odbiegał - „giving me head on an unmade bed” jako „Na skrzypiącym tapczanie uczyłaś mnie miłości”? Hm.
Cuszsz, dobra zabawa i tilo. Lepsza… bardziej chwalebna niż ewentualne ściganie dziwki, co ci ukradła dwie dychy :))


A to całość.

When the sleigh is heavy
And the timber wolves are getting bold
You look at you companions
And test the water of their friendship
With your toe
They significantly edge
Closer to the gold
Each man has his price Bob
And yours was pretty low
History is short, the sun is just a minor star
The poor man sells his kidneys
In some colonial bazaar
Ce sera sera
Is that your new Ferrari car
Nice, but I think I'll wait for the F50
You don't have to be a Jew
To disapprove of murder
Tears burn my eyes
Moslem or Christian Mullah or Pope
Preacher or poet who was it wrote
Give any one species too much rope
And they'll fuck it up
----------------
And last night on TV
A Vietnam vet
Takes his beard and his pain
And his alienation twenty years
Back to Asia again
Sees the monsters they made
In formaldehyde floating 'round
Meets a gook on a bike
A good little tyke
With the same soldier's eyes
Tears burn my eyes
What does it mean
This tearjerking scene
Beamed into my home
That it moves me so much
Why all the fuss
It's only two humans being
It's only two humans being
Tears burn my eyes
What does it mean
This tender TV
This tearjerking scene
Beamed into my home
You don't have to be a Jew
To disapprove of murder
Tears burn in our eyes
Moslem or Christian Mullah or Pope
Preacher or poet who was it wrote
Give any one species too much rope
And they'll fuck it up

                        **

Okeeej… Korzystając z okazji… ;))

Czy tak, 
czy nie, 
czy w ogóle
przełykam łzę
i Brzydulę. 

Efekty zakrztuszenia się przy śniadaniu... Kiedy łzy napłynęły, trudno mi było rozstrzygnąć, z którego powodu. (Nie „jakiego”... No, jakby mi tu kto.............. :))
Dla Przygodnego Czytelnika... Nieszczęśnika, który zaczyna od tego wpisu, małe wyjaśnienie; „Brzydulą” nazywam ’Sherry’ za... już nie seidem lecz osiem trzydzieści… :( Co niczego nie zmienia; to wciąż najtlepsza cena za odrobinę nieba. 
A dlaczegóż to miałbym się nim już przy śniadaniu zakrztusić? Hm. 
Hehe. 
Patrz inne zapiski. 

Nie nie, zdarza się, że… tego, nieba zostaje mi z dnia poprzedniego... Kurcze, wciąż mam w głowie „Białe zeszyty” Osieckiej i Koniecznego... Takie proste, a dobre. Po prostu. ;) Właśnie wrzuciłem to na fejsa przy śnia…da… O nie! To jednak nie tyle Brzydulina, co losy tej małej… mnie tak… O fak. Naprawdę, się starzeję :))





Saturday, May 7, 2016

MROK (Darkness) Leonard Cohen




Dałaś mi pić z twego kubka
I co mroku się nabawiłem 
Pytałem, czy zaraźliwy
„Nic nie mów tylko pij miły”

Przyszłości dla siebie nie widzę
Dni moje policzone
Ot miotam sie bez nadziei
By wszystko było zrobione
Myślałem że wspomnień nastarczy 
Lecz mrok i je mi wyplenił


Mogłem był to przewidzieć
Ale błysk w twoim oku 
Podziałał jak płachta na byka 
Twoje piękno lato wokół 
Wskoczyłem za głęboko 
Zdobyć się dałaś łatwo 
Za cenę zbyt wysoką 

W życiu się nie sztachnąłem 
Nie wychyliłem kielicha
Nie nakochałem się za wiele
Lecz ciebie za to nie winię
Tego mi nie brakuje 
Już mało co mi smakuje 

Bywało, że gwiazda na niebie 
Rozkwit tęczy  rozmarzał 
Teraz się budzę już świta 
Jeszcze jeden poranek
Który się nigdy nie zdarzył 
Zaraziłem się mrokiem, kochana
I to gorzej od ciebie 

Dałaś mi pić z twego kubka
I co mroku się nabawiłem 
Pytam: „Aż tak zaraźliwy?”
„Nic nie mów tylko pij miły”


                         *


I caught the darkness
It was drinking from your cup
I caught the darkness
Drinking from your cup
I said, "Is this contagious?"
You said, "Just drink it up."

I've got no future
I know my days are few
The present's, not that pleasant
Just a lot of things to do
I thought the past would last me
But the darkness got there too.

I should've seen it coming
It was red behind your eyes
You're young and it was summer
I just had to take a dive
Winning you was easy
But darkness was the price.

I don't smoke no cigarette
I don't drink no alcohol
I ain't had much loving yet
But that's always been your call
I don't miss it baby
I got no taste for anything at all

I used to love the rainbow
And I used to love the view
Another early morning
I pretend that it was new
But I caught the darkness, baby
And I got it worse than you.

I caught the darkness
It was drinking from your cup
I caught the darkness
Drinking from your cup
I said, "Is this contagious?"
You said, "Just drink it up."




Tuesday, January 19, 2016

"Tramwaj nie kondon, się nie rozciągnie!"

Wrzucone 16.01.

Tak, kondon, słyszałem wyraźnie. Chociaż facet był jeszcze wyraźniej podchmielony i swoje złote myśli rozrzucał ochoczo gdzieś przy końcu wagonu.



Niby różnica między „n” a „m” w wymowie niewielka, zwłaszcza, kiedy jedna z tych liter zamyka wyraz, ale tak się przecież mówiło. Chociaż, każdy z nas, przynajmniej tych wykształconych... motorowych - tak, „A ty co, myślisz, że jak po maturze, to... ”, się słyszało - wiedział, jaka jest prawidłowa pisownia



Jednak nikt mi nie powie, że za moich czasów - czyli przed 1987, kiedy wyjechałem - był świadomy pisowni tego, co chchuligani spellowali* „huj”. Tak się przecież pisało.



Tak dokładnie nie pamiętam, ale na pewno zdarzyło mi się kiedyś wyrazić moje frustracje wobec takiego, czy inn...ej nauczycielki, i dałem temu wyraz na ściance szkolnej ubikacji, ale tak, to były głównie panie, a co do pisowni obraźliwego słowa na ich cześć nigdy nie było wątpliwości...



Tak że, kiedy po raz pierwszy w jakimś komentarzu zobaczyłem „a chuj ci do tego”... Nie, to nie było skierowane do mnie, i całe szczęście! Bo, znając siebie, od razu bym chchamowi odpalił: „A ty co, w szkole nie nauczyli nawet jak sie „huj” pisze? Hehe ;)))” itd. 



(Smutne) efekty życia na obczyźnie i braku kontaktu z ojczystą kulturą. 





–-----------------
* spelling - pisownia. W tym kontekście nic innego mi nie pasowało...