Wednesday, November 2, 2016

Wierny Tomasz




 Tradycyjna wędrówka do stoiska „Wind” w pobliskim Kingsgate Mallu, żeby dokonać comiesięcznego „top up”-u, zapłaty za następny miesiąc... Tak, żadna porządna firma telefoniczna już mi nie ufa, muszę płacić na zaś. Bell podobno wiszę 800, w twardej walucie... 
  „Ładna sumka...” - mówi Kobuszewski do Brusikiewicza w skeczu o dwóch żydowskich biznesmenach. „Ładna, jak pan oddasz”. A ja nie oddam! O. 
  „Moszna oddać dziesięć zloty. Jak się jest szczególnie lekkomyślny, moszna oddać dwadzieścia zloty, ale od stu zloty w górę, to ten dług staje się... fikcyjny!”. 
   Nie nie, to oni mnie oszukali. A jak! Lata lateczne temu jakiś nadgorliwiec w krawacie dopadł mnie, kiedy już wychodziłem.
  - O, widzę, że ma pan laptop, tralala... - Byłem po paru i dałem się namówić. Na ten cholerny “stick”....
  Gdyby mi młodzian ambitny wytłumaczył, że to dla tych, co normalnie używają kompka domowego, a to to tylko, żeby posprawdzać najważniejsze najpilności… Jak jesteś w drodze, ot, minuta, dwie... 
  Przychodzi rachunek na prawie cztery stówy... Po wstępnej apopleksji, kiedy już ochłonąłem, dałem się ponieść ogarniającej mnie nagle fali… fascynacji; jakżesz to, do cholery, działa?! Że tak kurewsko (trudno znaleźć inne określenie) drogie.  I wówczas odkryłem licznik. 
  Oooo... Największy ubaw miałem z oglądania pornosa i jednocześnie licznika, szalał! Nabijał z prędkością...  a, niech będzie, żydowskiego procentu.  
  Kiedy znów udało mi się (z trudem) wrócić do jakiejś względnej równowagi psychicznej, postanowiłem podejść do sprawy merytorycznie. Oglądałem. Wysyłałem. Zachowywałem. Robiąc ze wszystkiego niezwykle dokładne notatki, co za ile…
  Niestety, firma brutalnie przerwała moje badania; rozłączyli. Przeliczyli. Doliczyli... i za zerwanie obu kontraktów (chociaż z tego na komórkę byłem zadowolony i dopiero co przedłużyłem na kolejne trzy lata). Podsumowali i przysłali kwit na... $792. Z groszami. A, co by sumka była... ładna, nieładna, ale równa, potem jeszcze doliczyli jakiś procent za następny miesiąc - chociaż już przecież niczego nie używałem -  tak, źeby wyszło 800. Z groszami. 
  Tak więc, teraz tuptam ja co miesiąc. A co tam, czas mam. Z cierpliwością jest różnie, a panowie w „Wind”... Na szczęście, są jeszcze panie. Dziś jednak mam pana, ale widzę go tu po raz pierwszy - ci dwaj, co tyle razy mnie obsługiwali, to... nie wiem, gdzie takich jeszcze rzeźbią. A może to JUŻ, nowe pokolenie… Pełen nadziei, że tym razem wszystko pójdzie sprawnie, kroczę do kantorka. 
  Ok. Klik, klik. Ok. 
  - Życzy pan sobie rachunek? - Czy paragon, whatever... 
   O tak, zażyczyłem sobie. Zapomniałem zabrać komórkę, rzadko mi się to zdarza, „one of these days”... Ale że to zaczęło trwaaać.... (naprawdę, powinni w końcu coś z tym ich “systemem” zrobić), chłopak, zerkając na ekran, nagle pyta: 
  - Polak? You’re Polish? 
  Szybko się poprawił. Wiadomo, tutaj przecież ”Polack”, to... Nigdy nie przestanę się dziwić, dlaczego tubylcy o tym nazwisku go nie zmienią. Może dlatego, że Sydney Polack nadał mu jakiegoś… glamouru?   
  - Tak, tak. 
  I dopiero kiedy wzrokiem z jego twarzy zjechałem nieco niżej – przyzwyczaiłem się go nie spuszczać ze względu na panie. Jakoś mi to w krew weszło – widzę, że Tomasz. Aszszsz... I znów zrobiło mi się głupio, fak. Za każdym takim razem mi sie robi. Paul, kurwa... Ale już w Niemczech dali mi do zrozumienia, że aby wykrztusić „Pszsz..." to potrzebują parasola. 
  Komputer nadal niczego konkretnego z siebie nie wykrztuszał, ale ja po paru, a on dziarsko: 
  - Długo już tu jesteś? 
  To, że chłopyś błyskawicznie przeszedł na ty z facetem w moim wieku wskazywało na to, że jest tu już od dość dawna. No i miał akcencik, ale naprawdę, leciuchny.  
  - Ćwierć wieku, a ty?   
  - Osiemnaście. Kupa czasu... Wydaje się, jakby całe życie!
  Kupa kupą, ale nie wygląda na więcej niż dwadzieścia... pięć, góra! Czyli wybył w mniej więcej tym samym wieku, co Ala..  Tylko w innych czasach. 
  - No tak. Ale tak świetnie mówisz... W domu rozmawiacie po polsku? 
  - O tak! Mamy tylu przyjaciół z kraju... Przychodzą, opowiadają, piją… wino.  
  - Wiesz, moja córka... jest starsza od ciebie, ale miała sześć lat, jak wyjechaliśmy do Niemiec - Już sie nie wdawałem w szczegóły, kwitek był gotów - i oczywiście, bardzo szybko nauczyła się niemieckiego. Tu angielskiego, tak że w wieku jedenastu lat znała trzy języki...
  Tu stosują inną matematykę: jak znasz jeden obcy, znaczy dwa. Bo i swój, nie?
  - No tak... To jest już coś - mówi on. Zdając się chwilowo ignować kwitek. 
  - No, a tylko co nieco przyłożyłaby sie do francuskiego... Z czterema językami to już jakoś... inaczej na ciebie patrzą, nie? 
  Pewnie. A próbowałem ją i delikatnie zachęcić do włoskiego, taki przecież dla nas łatwy... Kiedy zmywałem w pizzeria, przez te dwa lata podebrałem ze trzy słowa, więc tak, żartobliwie próbowałem Małą zachęcić. A kiedy powiedziała, że jej, całkiem dobra, polska koleżanka pobierała hiszpanski… Huhu, taki przecież do włoskiego podobny... Przyszłość wydawała się stawać otworem. 
  - I co? Co teraz robi? 
  To był właściwy moment, żeby poprosić o ten kwitek. 
  - E... Już po paru tygodniach stwierdziła, że zapomniała niemiecki, a polski... 
  - Straciła wszystkie?! 
  - Tak, posiała... 
  O, to tłumaczenie w drugą stronę... „Tata, jaki byłeś stary w sześćdziesiątkach?” chyba nigdy nie przestanie bawić. Skoro nawet teraz…  

   C.D.N. Wciąż... Nie mylić z Canadian :)