Tradycyjna wędrówka do stoiska „Wind” w
pobliskim Kingsgate Mallu, żeby dokonać comiesięcznego „top up”-u, zapłaty za
następny miesiąc... Tak, żadna porządna firma telefoniczna już mi nie ufa,
muszę płacić na zaś. Bell podobno wiszę 800, w twardej walucie...
„Ładna sumka...” - mówi Kobuszewski do Brusikiewicza w skeczu o
dwóch żydowskich biznesmenach. „Ładna, jak pan oddasz”. A ja nie oddam!
O.
„Moszna oddać dziesięć zloty.
Jak się jest szczególnie lekkomyślny, moszna oddać dwadzieścia zloty, ale od
stu zloty w górę, to ten dług staje się... fikcyjny!”.
Nie nie, to oni mnie oszukali. A jak! Lata lateczne temu
jakiś nadgorliwiec w krawacie dopadł mnie, kiedy już wychodziłem.
- O, widzę, że ma pan laptop, tralala... - Byłem po paru i dałem
się namówić. Na ten cholerny “stick”....
Gdyby mi młodzian ambitny wytłumaczył, że to dla tych, co
normalnie używają kompka domowego, a to to tylko, żeby posprawdzać
najważniejsze najpilności… Jak jesteś w drodze, ot, minuta, dwie...
Przychodzi rachunek na prawie cztery stówy... Po wstępnej
apopleksji, kiedy już ochłonąłem, dałem się ponieść ogarniającej mnie nagle
fali… fascynacji; jakżesz to, do cholery, działa?! Że tak kurewsko (trudno
znaleźć inne określenie) drogie. I wówczas odkryłem licznik.
Oooo... Największy ubaw miałem z oglądania pornosa i jednocześnie
licznika, szalał! Nabijał z prędkością... a, niech będzie, żydowskiego
procentu.
Kiedy znów udało mi
się (z trudem) wrócić do jakiejś względnej równowagi psychicznej, postanowiłem
podejść do sprawy merytorycznie. Oglądałem. Wysyłałem. Zachowywałem. Robiąc ze
wszystkiego niezwykle dokładne notatki, co za ile…
Niestety, firma brutalnie przerwała moje badania;
rozłączyli. Przeliczyli. Doliczyli... i za zerwanie obu kontraktów (chociaż z
tego na komórkę byłem zadowolony i dopiero co przedłużyłem na kolejne trzy
lata). Podsumowali i przysłali kwit na... $792. Z groszami. A, co by sumka
była... ładna, nieładna, ale równa, potem jeszcze doliczyli jakiś procent za
następny miesiąc - chociaż już przecież niczego nie używałem - tak, źeby
wyszło 800. Z groszami.
Tak więc, teraz tuptam ja co miesiąc. A co tam, czas mam. Z
cierpliwością jest różnie, a panowie w „Wind”... Na szczęście, są jeszcze
panie. Dziś jednak mam pana, ale widzę go tu po raz pierwszy - ci dwaj, co tyle
razy mnie obsługiwali, to... nie wiem, gdzie takich jeszcze rzeźbią. A może to
JUŻ, nowe pokolenie… Pełen nadziei, że tym razem wszystko pójdzie sprawnie,
kroczę do kantorka.
Ok. Klik, klik. Ok.
- Życzy pan sobie rachunek? - Czy paragon, whatever...
O tak, zażyczyłem sobie. Zapomniałem zabrać komórkę, rzadko
mi się to zdarza, „one of these days”... Ale że to zaczęło trwaaać....
(naprawdę, powinni w końcu coś z tym ich “systemem” zrobić), chłopak, zerkając
na ekran, nagle pyta:
- Polak? You’re Polish?
Szybko się poprawił. Wiadomo, tutaj przecież ”Polack”, to... Nigdy
nie przestanę się dziwić, dlaczego tubylcy o tym nazwisku go nie zmienią. Może
dlatego, że Sydney Polack nadał mu jakiegoś… glamouru?
- Tak, tak.
I dopiero kiedy wzrokiem z jego twarzy zjechałem nieco niżej –
przyzwyczaiłem się go nie spuszczać ze względu na panie. Jakoś mi to w krew
weszło – widzę, że Tomasz. Aszszsz... I znów zrobiło mi się
głupio, fak. Za każdym takim razem mi sie robi. Paul, kurwa... Ale już w
Niemczech dali mi do zrozumienia, że aby wykrztusić „Pszsz..." to
potrzebują parasola.
Komputer nadal niczego konkretnego z siebie nie wykrztuszał, ale
ja po paru, a on dziarsko:
- Długo już tu jesteś?
To, że chłopyś błyskawicznie przeszedł na ty z facetem w moim
wieku wskazywało na to, że jest tu już od dość dawna. No i miał akcencik, ale
naprawdę, leciuchny.
- Ćwierć wieku, a ty?
- Osiemnaście. Kupa czasu... Wydaje się, jakby całe życie!
Kupa kupą, ale nie wygląda na więcej niż dwadzieścia... pięć,
góra! Czyli wybył w mniej więcej tym samym wieku, co Ala.. Tylko w innych
czasach.
- No tak. Ale tak świetnie mówisz... W domu rozmawiacie po
polsku?
- O tak! Mamy tylu przyjaciół z kraju... Przychodzą, opowiadają,
piją… wino.
- Wiesz, moja córka... jest starsza od ciebie, ale miała sześć
lat, jak wyjechaliśmy do Niemiec - Już sie nie wdawałem w szczegóły, kwitek był
gotów - i oczywiście, bardzo szybko nauczyła się niemieckiego. Tu angielskiego,
tak że w wieku jedenastu lat znała trzy języki...
Tu stosują inną matematykę: jak znasz jeden obcy, znaczy
dwa. Bo i swój, nie?
- No tak... To jest już coś - mówi on. Zdając się chwilowo
ignować kwitek.
- No, a tylko co nieco przyłożyłaby sie do francuskiego... Z
czterema językami to już jakoś... inaczej na ciebie patrzą, nie?
Pewnie. A próbowałem ją i delikatnie zachęcić do włoskiego, taki
przecież dla nas łatwy... Kiedy zmywałem w pizzeria, przez te dwa lata
podebrałem ze trzy słowa, więc tak, żartobliwie próbowałem Małą zachęcić. A kiedy
powiedziała, że jej, całkiem dobra, polska koleżanka pobierała hiszpanski…
Huhu, taki przecież do włoskiego podobny... Przyszłość wydawała się stawać
otworem.
- I co? Co teraz robi?
To był właściwy moment, żeby poprosić o ten kwitek.
- E... Już po paru tygodniach stwierdziła, że zapomniała
niemiecki, a polski...
- Straciła wszystkie?!
- Tak, posiała...
O, to tłumaczenie w drugą stronę... „Tata, jaki byłeś stary w
sześćdziesiątkach?” chyba nigdy nie przestanie bawić. Skoro nawet teraz…
C.D.N. Wciąż... Nie
mylić z Canadian :)