Thursday, May 23, 2019

Pokój z niekrępującym wejściem





Kolejny fragment z mozołem pisanej "powieści na konkurs". Właściwie, mozół polega nie tyle na pisaniu, co... do niego się zabraniu ;) Potem już jakoś idzie. 


Zenek lubił siedzieć przy wielkim biurku Dziadka. A jeszcze bardziej, kiedy i ten, czasem nieco ociężale, przy nim zasiadał, otwierał wielki dziennik z tyloma rubrykami... Niektóre były już zapisane drobnym, starannym pismem, inne jakby jeszcze czekające na rezultaty codziennych zasiadów dziadkowych.  

Zapisane… Czym? No właśnie, to był moment, na który chłopak zawsze czekał z niecierpliwością; Dziadziuś wyjmował z kieszeni zaczarowany długopis... O, to był długopis… Można było zmieniać kolory! Piszesz na niebiesko, naciskasz kciukiem, pstryk i… już na czerwono! I odwrotnie.  
 Jak będę dorosły, to za pierwsze zarobione pieniądze sobie taki kupię, marzył. Gdyby jeszcze pachniał jak atrament…

Dziadek pozwolił mu go użyć tylko raz. Znając zapalczywość malca, obawiał się, że ten w jeden dzień mu go cały wypisze. I tak by się zapewne stało, nie nastarczyłby z zakupem kolejnych magicznych.   
- No, co tam masz, synku? – starszy, zażywny pan z pokaźnym nosem zagadnął rutynowo – wiedział przecież, że to, co wnuk ma przed sobą, to jego ulubiona książka rosyjska - i zaczął swoje ważne pisanie. Dziadek był kierownikiem szkoły.
„Synek” uśmiechnął się – lubił, kiedy tak się do niego zwracano. (Chociaż Babunia nazywała go, po prostu, Zenkiem). Po czym, udając, że jest bardzo zajęty swoimi sprawami, przewrócił kolejną kartkę wielkiej księgi z zieloną okładką. Obejrzał ją już chyba ze sto razy. O, na pewno więcej. Sto razy więcej... Prześlizgnął tylko wzrokiem po kolorowym obrazku przedstawiającym bramkarza frunącego w powietrzu... Niestety, piłka już trzepotała w siatce. O tym, że czasem piłka trzepocze, dowiedział się później.    
- Zeeenek… - dobiegło z kuchni – Idźkaj przebić krowę!
- Za chwilkę, babciu… Dobrze?  
Teraz?! Ale Babcia nigdy nie robiła z tego problemu. Wiedziała, że może na niego liczyć. Nie był z tych dzieciaków, co to w nieskonczoność próbują odwlec nieuchronne.

Kiedy już się wreszcie nasycił widokiem Dziadka wodzącego magicznym długopisem po kartkach dziennika, zerwał się i wybiegł na dwór. Tak, rzadko się zdarzało, żeby po prostu wstał i wyszedł; chłopak miał w sobie tyle energii… Wypadł na zewnątrz i czmychnąl na łączkę. Szkoda, że to nie ta po drugiej stronie szosy, pomyślał. Taką nagle poczuł ochotę na bieganie!

O, biedna krowa wydawała się już czekać na przebicie. Od rana zdążyła dokładnie wyżreć trawę w promieniu łańcucha. Leżała wolno przeżuwając jakieś resztki i smutnie wodziła wzrokiem za małym wybawcą. Odetchnął z ulgą, mógł się czuć bezpieczny.
Nie to, że knaga, jak ją Dziadek czasem nazywał, była niebezpiecznym zwierzęciem, jednak od pewnego czasu wolał się mieć na baczności. Zdarzyło się, że przy którymś codziennym przyprowadzaniu do stajni… Już w momencie, kiedy wyciągnął palik, ta jak się nie zerwie! Nie pogna za biednym Zenusiem! Całe szczęście, że ten, skrajnie spanikowany, odruchowo skręcił w lewo, w kierunku stajni... Szalone krowiszcze pognało dalej prosto… w krzaki bzu. O, jakżesz się biedne zwierzę ocierało o szorstkie gałązki, konary pobliskich drzew... Wydawało się, że z korzeniami to wszystko powyrywa. Aż tak ją, niebogę, swędziło? Cały dzień?! Trudno było to sobie wyobrazić.

Od tej pory, kiedy tylko wydawało mu się, że jest choćby co nieco niespokojna, wiedział, co robić. Nie mógł przecież po prostu wrócić i powiedzieć, że się boi. Ktoś to musial zrobić.
Tak, to duże zwierzę. Wyciągnął palik i przeszedł z nim jakieś dwadzieścia kroczków. Wystarczająco daleko od poprzedniego miejsca, żeby nie było wątpliwości, że poczciwa mlekodajka będzie miała dość świeżego pożywienia do końca dnia. Po czym paroma uderzeniami kamienia wbił go w ziemię. Dla wszelkiej pewności, dołożył jeszcze ze dwa razy i już, przebita. Teraz może sobie pobiec… gdzie go oczy poniosą! Na drugą stronę szosy, do lasku, nad stawek… Czuł się jak źrebak wypuszczony ze stajni po długim okresie bezczynności.

Dzisiaj jest siwkiem. To jasne, wystarczy spojrzeć na te białe uda… Przyjdzie czas na „kasztana”. Och, uwielbiał lato… Widok swoich kościstych, opalonych kolan dodawał mu energii nawet w największe upały. Parsknął raźnie i ruszył z kopyta. Po czym przegalopował przez szosę... Nie, nie było strachu. Tutaj, kiedy przejeżdżał samochód, to… Tak go czasem denerwowało, jak grali w piłkę i nawet w czasie meczu sezonu z Dobrzewinem – rozgrywanego w co drugą niedzielę - kiedy na horyzoncie pojawiało się coś na czterech kółkach, piłkarze, jak jeden zamierali w bezruchu i się w to cudo wgapiali. I w co, kolejną „Syrenkę”? „Warszaw” było mniej, może droższe?

Mamusia przyjeżdża za cztery dni!


O tak, to się będzie kręciło wokół mamusi.... ;) No, w pierwszym rozdziale. 


No comments:

Post a Comment