Saturday, November 4, 2017

"Pokój z niekrępującym wejściem"


To takie fragmenty z bólem pisanej opowieści o Zenku... Przemku, oczywiście...
Nie nie, z tym bólem to przesadka, leniwy jestem, to tyle. ;) 


Scenka 1

Krowa muczała od samego rana, ale nikt jakoś nie wydawał się tym przejmować. Nie mając nic innego do roboty, jak zwykle w czasie wakacji, Zenek pobiegł do stajni. 
Gdy tylko usłyszała, że ktoś wchodzi, odwróciła swój wielki łeb i spojrzała na chłopca smutnie. Cóż, takie już miała oczy. Wiadomo, psu też niełatwo człowieka przekonać, że mu ciężko. Z kolei, taki delfin… Zastanawiał się kiedyś mały filozof patrząc na zdjęcie uśmiechniętego od oka do oka ryjcia, hm, mółby zdychać skręcając się z bólu, a i tak nikt mu nie uwierzy. 
Och, tak chciałby w tej chwili pogłaskać biedne zwierzę, ale nigdy tego nie robił, bał się.
Wrócił na śniadanie. Apetyt mu dopisywał, mimo że krowa nadal pomukiwała żałośnie.

Jak zwykle, towarzyszył babci, kiedy dawała świniom żarcie.
- Dlaczego ona tak muczy? – spytał z troską.
- A, kto ją tam wie. Może obżarła się wczoraj za dużo.
Ludzie na wsi dbali o swą trzodę, ale nie było czasu, ani… mówiąc szczerze, wielkiego sensu angażować się uczuciowo; przelotne to. Ale Zenek nie był rolnikiem.
Podszedł bliżej do biednego zwierzęcia. Teraz jej wzrok zdawał się mówić: “Nie bój się, będzie mi lżej, jak mnie pogłaszczesz.“
Może przy babci bezpieczniej? Chyba nie odważy się, bydlunia, dać mu niespodziewanego kopa. Zerknął na babkę, przyglądała się świniom. Głupio mu było prosić, żeby użyła swego autorytetu w tak błahej sprawie. Zrobił nieśmiały krok do przodu. Nic. Na chwilę nieszczęśnica odwróciła wzrok, ale już znów wlepia w wystraszonego Zenusia te wielkie, załzawione ślepia.
Trzymaj się… Winnetou. Jeszcze ze dwa kroki i… jak się dobrze wychylisz, jeszszcze jeden i…
- Chodź Zenuś, idziemy.
Krowa zamuczała, babcia jakby nieco dłużej zatrzymała na niej swój wzrok i wyszli. 

- Neku, doch bjyyy… flot! - dziadek lekko popchnął D. w kierunku pokoju. – Rzeknij, ochwacona je!
D. poszła zadzwonić, a ten biegiem… tak szybko, jak tylko umiał, wyszedł… Choć wydawało się, że pofrunąłby do stajni, gdyby to było możliwe. A wszystko to przy akompaniamencie coraz bardziej żałosnego zawodzenia.  
Nie po raz pierwszy się ta scena odgrywała przed oczami Zenka. Poprzednim razem, kiedy pojawił sie weterynarz, ciekawski chłopak ukradkiem podążyl za nim. Nikt nie zwracal na niego uwagi, mógł spokojnie zajrzeć do stajni. Jednak to, co ujrzał odebrało mu ochotę od zrobienia tego w tej chwili. I kiedykolwiek w przyszłości. Biedna krowa stała w przedziwnej pozycji. Jej tylne nogi były nieco przygięte, jakby się zreumatyzowana staruszka zbierała do klękania. Natomiast kark nienaturalnie wyciągnęła do przodu, głowe wysunęła jeszcze dalej, mucząc przeżałośnie. I na prawdę głośno.
Szczegóły te Zenek uświadomił sobie później, w tym momencie całą jego uwagę pochłonęło to, co robił weterynarz. Właśnie powoli zanurzał dłoń w nienaturalnie wypiętym dupsku. Coraz głębiej, jeszcze dalej… Trwało to zaledwie parę sekund, widać już było tylko bark dobroczyńcy…
Obraz ten na długo wrył się w pamięć biednego chłopca. Od tej pory, kiedy chodził ją przebijać [o tym gdzie indziej ;)] unikał wzroku cudownie uzdrowionej.
              

Scenka 2 

Zenek właśnie wycierał twarz ręcznikiem, kiedy usłyszał lekkie, znajome skrzypnięcie drzwi do sieni.  Drzwi skrzypiały tylko wówczas, kiedy były otwierane powo….  Odwrócił się i zobaczył nieprzyjemnie skrzywioną gębę woźnego.  
- Szkulno je?
- Babcia! Pan Radomski – krzyknął w przeciwnym kierunku; babunia w sypialni zmieniała pościel. Zjawiła się niemal natychmiast. 
 - Szkulno… - coś jeszcze mruknął niezrozumiale, ale Szkulno wiedziała, co robić, od razu sięgnęła po sodę oczyszczoną.
Zenek spytał kiedyś, po co to woźnemu. Dobre chyba nie jest, skoro ten skręca się,  jakby ktoś mu kazał octem opijać czyjeś zdrowie. Wiedzial już, jak obrzydliwie smakuje wódka… Ale już i tyle rozumiał, że ważny jest nie tyle smak – chociaż wciąż nie rozumiał, dlaczego dziadek z wujami, wykrzywiając się niemiłosiernie, muszą siebie wzajemnie przekonywać, źe “Dooobra!” – co efekty spożycia trunku. Babcia machnęła tylko ręką, “To na gaaardło”.
Całe szczęście, że są na to i inne lekarstwa, pomyślał z odrazą.


Scenka 3

- Zenek, cholera, przypilnuj te swoje indyki! D. wpadła do domu, wściekła niemal. To jej się rzadko zdarzało; w odróżnieniu od ciotki R. była łagodna i cierpliwa. Trzeba było wyjątkowych okoliczności, żeby zdarzyło jej się lekko podnieść głos. Musiała mieć poważniejszy powód niż głupie indyki. 
Chlopak wybiegł na dwór, delikatnie złapał jedno ptaszysko za szyję i odciągnął od schodów. Na drugiego napastnika tylko syknął i już, po krzyku. D. poleciała do wychodka, jakby ją jeszcze co goniło. 
W gołębim serduszku Zenusia dość było miejsca dla całego, bez wyjątku, drobiu na podwórku. Z indykami to jak z tygrysami czy lwami w cyrku, myślał. Jak tak od małego się z nimi zaprzyjaźnisz, to nic ci nie zrobią. 
Nie tylko to, potrafią być takie cierpliwe… Jak któryś rozkładał swoje piórzyska, dzielny chłopak dosiadał go na oklep. Oczywiście, stopami opierał się o ziemię. To trochę jak krakowski Lajkonik, śmiał się. Jednego udało mu się tak wytresować, że ten rozkładał swój imponujący wachlarz na sam widok jeźdźca. A kiedy się zagapił, wystarczyło, że pan pogłaskał go po grzbiecie i już!
Kiedyś wujek Edek zrobił mu zdjęcie. Sieeedzi mały pogromca z dumnym uśmiechem… A może to był radosny śmiech; rozmiary zdjątka i brak przedniego uzębienia utrudniały dokładne odczytanie stanu ducha pierwszoklasisty.


Oczywiście, to nie są opka, więc.... cosik tam będzie, przedtem i potem ;)      








No comments:

Post a Comment